Parafia

Kościół św Józefa

Pierwszy podgórski kościół parafialny zburzono, bo zagrażał wiernym katastrofą budowlaną – wybudowano nowy według projektu, który miał zostać zrealizowany w Warszawie.

W 1832 roku powstał od dawna oczekiwany przez Podgórzan kościół parafialny pw. św. Józefa, który ukształtował powstający wówczas podgórski Rynek. Autorem projektu był bocheński inżynier powiatowy Franciszek Brotschneider. Kościół wzniesiony w stylu klasycyzującym cechował się prostą konstrukcją – przypominał prostą skrzynię z niską wieżą od frontu. Biskup tarnowski konsekrował świątynię 28 kwietnia 1833 roku – uroczystość opisano 6 maja w „Gazecie Krakowskiej”. Z czasem umieszczono wewnątrz drewniany ołtarz główny oraz marmurowe ołtarze boczne ze zburzonego (1835-1838) kościoła pw. Wszystkich Świętych w Krakowie.
Konstrukcja świątyni była wadliwa i w końcu wieku pojawiły się rysy na froncie i kopule – jesienią 1893 roku władze poleciły zamknięcie kościoła ze względu na możliwość katastrofy budowlanej. Zawiązał się Komitet Parafialny, który zdecydował o budowie nowego kościoła według projektu autorstwa architektów Józefa Kryłowskiego i Ignacego Sowińskiego. Brak środków finansowych nie pozwalał na rozpoczęcie prac budowlanych i wówczas proboszcz ks. Antonii Gruszecki zwrócił uwagę na prezentowany na wystawie zorganizowanej w Pałacu Sztuki w Krakowie projekt architekta Jana Sas-Zubrzyckiego, nagrodzony II nagrodą w konkursie na kościół Chrystusa Zbawiciela w Warszawie. Koncepcja architekta, miłośnika sztuki średniowiecznej, zainspirowanego budownictwem gotyku i renesansu, trafiła dokładnie w oczekiwania podgórskiego proboszcza. Zdecydowano o realizacji tego właśnie projektu, chociaż od początku wiadomo było, że koszt inwestycji przerasta nie tylko możliwości parafii, ale nawet miasta Podgórza. Budowę finansował oprócz Gminy Miasta Podgórza i parafii także rząd (cesarz był patronem kościoła), skarb wojskowy (Twierdza Kraków), c.k. Dyrekcja Kolei Państwowych w Krakowie, c.k. uprzywilejowana Kolej Północna Cesarza Ferdynanda oraz sąsiednie gminy i właściciele majątków. W lutym 1905 roku rozpoczęto burzenie starego kościoła (pozostawiono murowaną dzwonnicę), a 13 maja miało miejsce wmurowanie kamienia węgielnego pod nową świątynię. Prace postępowały bardzo szybko i 24 października 1909 roku odbyła się uroczystość konsekracji.
To jeden z najpiękniejszych neogotyckich kościołów w Polsce – w hełmie wieży zauważalne są charakterystyczne elementy hełmu wyższej wieży Kościoła Mariackiego w Krakowie. W świątyni jest siedem neogotyckich ołtarzy. W obejściu-ambicie kościoła na lewej ścianie umieszczono płaskorzeźbę wykonaną przez Wita Wisza i Mariana Krzyka, przedstawiającą zaślubiny św. Józefa z Matką Bożą. Obok jest płaskorzeźba przedstawiająca Wniebowzięcie Matki Bożej (dawniej przesłona w ołtarzu Matki Boskiej Nieustającej Pomocy). W kaplicy Św. Krzyża za ołtarzem głównym znajduje się wizerunek Ukrzyżowanego Chrystusa dzieło Zygmunta Langmana (1909). Charakterystyczne są także: neogotycka ambona (1910), tabernakulum (1909) zaprojektowane przez prof. Jana Sas-Zubrzyckiego, a wykonane w pracowni Piotra Seipa oraz cztery neogotyckie konfesjonały (1913), wykonane w pracowni Andrzeja Szajny z Jasła. Świątynię oświetlają trzy żyrandole: dwa mosiężne i jeden kryształowy (największy z nich, mosiężny, został wykonany w pracowni Piotra Seipa w 1910 r.). Dopiero w 1922 roku zakupiono organy wyposażone w 24 głosy, wybudowane przez firmę Adolfa Homana z Warszawy.

Wirtualny spacer

Polecamy kazanie ks. Antoniego Gruszeckiego w dniu konsekracji kościoła 24 października 1909 roku.

Źródło : Z zasobów Archiwum Parafii pw. św. Józefa Kraków-Podgórze. – Kazanie Ks. Gruszeckiego

Dawid był człowiekiem w szczególniejszy sposób Boga umiłowanym i odszczególnionym. Już jako młodzieniaszka pasącego trzody ojca swego, Bóg wszystkowiedzący, a więc serce Dawida znający, upodobał go sobie i do wielkich rzeczy przeznaczył. Gdy potężnego lecz nieposłusznego króla Saula Pan Bóg odrzucił, Dawida potajemnie Samuelowi na króla namaścić rozkazał. Po ludzku sądząc wydawało się to nierpodobieństwem, aby syn Jessego (Jezajego), prostego wieśniaka, miał kiedyś zastąpić Saula i być potężnym królem wielkiego Izraelskiego narodu. U Boga jednak nic nie ma niepodobnego. Wprowadził Dawida na dwór Saulowy jako prześlicznie na harfie grającego, aby rozweselał smutnego króla, gdy duch zły miotać nim zaczyna. Lekarstwo skutkowało. Saul umiłował Dawida i bez niego obejść się nie mógł. Przy tej sposobności Dawid zaznajomił się z dworem, z potrzebą ludzi i ze sposobem rządzenia. A gdy Filistynowie wypowiedzieli wojnę Izraelitom a Goliat mężom izraelskim urągał i na pojedynek ich wezwał, gdy żaden z wojowników nie odważył się stawić oporu, Dawid zaledwie młodzieniaszek prosi Saula, by mu z tym olbrzymem walczyć pozwolił. Saul robi mu trudności. Przedstawia ogrom niebezpieczeństwa na jakie się naraża, a gdy Dawida przekonać nie mógł, ufnego w pomoc Bożą przeciwko Goliatowi postawił. Kamykami wyrzuconymi z procy Dawid tego olbrzyma powalił, a potem jego własnym mieczem głowę mu odciął. Filistynów ogarnął niepomierny starch i do ucieczki zmusił. Izraelici odnieśli świetne zwycięstwo. Imię Dawida zostało rozsławione w całym narodzie. Wszyscy go wielbią i widzieć pragną, pieśni o nim śpiewają i nad bohaterskiego Saula wynoszą. Saul zazdrosny zaczyna Dawida ze swego współzawodnictwa usuwać i nienawidzieć. Trzykrotnie oszczepem do niego rzuca. Dawid za każdym razem zdrowy wychodzi i wobec Saula wspaniałomyślnym się okazuje. Sława jego brzmi po całej żydowskiej ziemi i gdy Saul w bitwie na górze Gilboe wraz z synem swym Jonatanem poległ, Dawid królem ogłoszony został. Rozpoczynają się wojny z nieprzyjaciółmi. Bóg Dawidowi błogosławi. Nieprzyjaciół Dawid pokonał, granice państwa zabiezpieczył, wielkim i bogatym królem został.
To powodzenie niezaślepia serca Dawidowego. Król wie komu wielkość swoją zawdzięczać winien. Modli się i często nocami przemyśliwa, jak by się Bogu za tyle dobrodzieństw wywdzięczyć. Nareszcie przychodzi mu na myśl Arka przymierza i zaczyna rozmyślać: ja proch i nędzarz ziemski otoczony dworem i bogactwem mieszkam w pysznym prześlicznym pałacu, a Arka Pana mojego tuła się po komornem. Wiem co uczynię. Zbuduję tak przesliczną światynię, jakiej dotąd świat jeszcze nie widział i w niej umieszczę Arkę i w niej służbę bożą urządze. Tego zamiaru nikomu nie zdradzał. Złoto i srebro i drogie kamienie i najlepsze i najpiekniejsze materiały gromadzić począł. Pan Bóg rzekł do
2
niego: Dawidzie ty już światyni budować nie będziesz, bo ręce twoje zbyt krwi przelały i nie są dość czyste, by Imieniowi memu świątynie stawiały. Uczyni to syn Twój, któremu dam i wielką mądrość i spokojne panowanie. Przygotuj tylko wszystko, co do budowania świątyni za potrzebne uważasz.
Salomon objął po Dawidzie panowanie, a jako dobry syn postanowił zamiary i polecenia swego ojca do skutku doprowadzić. Sprowadził najpiękniejsze cedry z Libanu, zgromadził najsławniejszych cieśli, stolarzy, kaminiarzy, rzeźbiarzy, budowniczych i artystów, dodał im trzydzieści tysięcy pilnych i sumiennych z pomiędzy Izraelitów robotników i przez siedem lat budował Bogu prawdziwemu świątynię. Stanął nareszcie gmach okazały i lśniący, wieżyce w niebie tonąc się zderzały, a wszystko było tak symetrycznie tak artystycznie, że ludzie od tego gmachu oczu oderwać nie mogli. Wnętrze Kościoła (chyba chodziło mu o świątynię) jeszcze było wspanialsze. Robota była tak piekna, że zdawało się, że to nie ludzkie ręce, ale anielskie wykonywały, a wszystko lśniło się od wielkiej ilości nagromadzonego srebra, złota i bogatych kamieni. Ołtarze i naczynia do słuzby bożej potrzebne były najwspanialsze. Lud patrząc na ten przepych i artyzm domu bożego cieszył się i pod niebiosy wynosił mądrego i ukochanego Króla.
Nadszedł wreszcie dzień poświęcenia. W Jeruzalem zgromadził się prawie cały naród izraelski i całe pokolenie Lewi, kapłanów. Ozwały się trąby i lud ośmiodniowe rozpoczął święto. Salomon składał niezliczone ofiary. Przyszło do przeprowadzenia aktu przymierza. Arcykapłan i lewici strojni w przepyszne szaty, wynieśli Arkę i pomaleńku do światyni zbliżać się zaczęli. Co kilka kroków składano ofiary, muzyka grzmiała, a lud nucił psalmy Dawidowe. Wniesiono Arkę do Kościoła i ustawiono ją na miejscu świętym świętych. Król w imieniu całego narodu złożył pierwszą całopalna ofiarę, a ołtarze i stoły uginały się pod ciężarem złożonych ofiar. Arcykapłan zaczął się modlić a obłok pański napełnił kościół. I oto stał się cud. Pod ofiarę niepodłożono ognia. Spadł z nieba i ofiary spalił, a lud widząc to poznał, że Bóg ofiarę przyjął i kościół ten w swoje wziął posiadanie. Odtąd ten Kościół, to najdroższa dla serca Izraelity rzecz. Do niego w młodości uczęszczał do niego w starości tęsknił, z miłością Kościoła Jerozolimskiego opuszczał ziemskie życie. Król Salomon przy ukończeniu uroczystości wzniósł ręce w niebo i zaczął się modlić: o Boże wiem, że Ciebie nieba niebios ogarnąć nie mogą. Jakoż daleko więcej ten dom, który zbudowałem. Wysłuchaj modlitwy mojej i spraw, aby gdy naród Ciebie opuści i na karę za to zasłuży, a gdy tu przyjdzie modlić się i przepraszać Cie zacznie, ty wysłuchaj na wysokości przybytków Twoich i daj mu przebaczenie. Gdy się niebiosa zamkną i deszcz przestanie zraszać ziemię, gdy głód i powietrze morowe szerzyć się zacznie, a lud tu do Ciebie się ucieknie Ty wysłuchasz prośby jego i oddalisz klęski i śmierć od dzedzictwa Twego. Gdy tu przyjdzie pojedynczy Izraelita, chory, nędzny, nieszczęśliwy i na tym miejscu miłosierdzia błagać będzie, Ty jako Ojciec otrzyj łzy jego i wysłuchaj modlitwy, a gdy cudzoziemiec poganin usłyszy o wielkości imienia Twego i tu na to miejsce w potrzebach swoich się ucieknie, daj mu Twe zmilowanie, aby wszystkie narody wiedziały, że Ty sam tylko jesteś prawdziwym wszechmogącym Bogiem, a oprócz Ciebie nie

3

ma innego. Pan wysłuchał pokornej królewskiej modlitwy i odtąd kościół ten stał się miejscem zmiłowania dla wszystkich. Jakże ta histporyja budowy i poświęcenia Kościoła jerozolimskiego podobna do historii budowy i poświęcenia kościoła w Podgórzu. Do niedawna Podgórze było lichą mieściną. Od pewnego czasu zaczęło w oczach wzrastać i w ludność się pomnażać. Powstały piękne domy, wysokie gmachy, szerokie ulice i piękne począdki. Wśród tych budynków Kościół tylko parafialny stał nędzny, odarty i na liczną parafię za mały. Sklepienia jego popękane, mury upadkiem grożace, ale znalazły się w Podgórzu wdzięczne, Dawidowe serca, które z boleści a na tę ruderę patrzyły i nowy wspaniały Kościół stosowny i wielkością i pięknością do obecnego miasta wystawić postanowiły. Już od lat wielu pewną część dochodów miasto na Kościół odkładało. Uzbierano tym sposobem około 60.000 zł., a gdy Kościół coraz więcej upadał, mężowie pełni wiary i pobożności postanowili przystąpić nareszcie do budowy. Rozumiem tu całą przedewszystkiem Radę Chrześcijańską miasta Podgórza z jej burmistrzem i wiceburmistrzem na czele. Wybrano plany przez architekta p. Zubrzyckiego sporządzone i rozspisano rozprawę konkurencyjną. Przyszli przedstawiciele gmin i obszarów dworskich do tej parafii należących i jak jeden mąż potrzebę budowy uznali i do przeprowadzenie jej przystąpić postanowili. A gdy się rozchodziło o fundusze miasto pożyczkę zaciągnąć postanowiło, procenta od niej samo pokrywać się obowiązało, byle tylko dalej nie zwlekać i co prędzej dom Panu Bogu wystawić można. Cześć Wam szlachetni Panowie! Cześć Wam! Kochani Parafianie za tę tak chętną z Waszej strony ofiarę. Bóg, który każdy dobry uczynek sowicie i hojnie wynagradza, wynagrodzi wam w tem życiu, darząc Was zdrowiem i powodzeniem, a w przyszłym przyjmując Was do swoich przepysznych a wspaniałych przybytków. Postawić bowim Kościół, to uczynek ze wszystkich najwięcej miłosierny. Postawienie domów przytułku ochronek lub szpitali, jest rzeczą niezawodnie bardzo dobrą i Bogu się podobającą. Ale w szpitalach – powiada pobożny Skarga – leczy się choroby i goją się rany ciała. W Kościele zaś leczą się choroby i goją się rany duszy. O ile więc dusza ważniejsza od ciała, o tyle budowa Kościoła ważniejsza niż budowa szpitala. Wszystkie te dusze, które w tym Kościele i za posrednictwem tego Kościoła, albo czystość i niewinność swoją zachowają, albo grzechy, te straszne zaraźliwe choroby duszy zaleczą, za Was, którzyście się przyczynili do wybudowania tej światyni, modlić się będą.
Dzieci i potomkowie wasi, dla których nieraz całe życie mozolnie pracujecie i oszczędzacie dawno o was zapomną, ciała wasze w proch się sypną, setki lat nad grobami waszemi przeminą, a modlacy się w tym Kościele o Was pamiętać będą. Kapłan będzie używał przy wspólnych modlitwach wiernych, módlmy się za fundatorów i dobrodziejów tego Kościoła. Po czterech latach i ośmiu miesiącach stanęła nareszcie nie bez trudów i utrapień ta świątynia Pańska. Dziś zgromadziliśmy się, by być przy poświęceniu tego Domu Bożego. A chociaż nie jest to światynia Salomonowa z cedrów, marmurów, złota i srebra zbudowana, to przecież niemniej przyjemna ona Bogu, zwłaszcza, że nie przez cały naród, ale tylko przez prafię tutejszą wystawiona. Wszak Pan Jezus po groszu, wrzuconym przez ubogą
4

wdowę do skarbony kościelnej rzekł, że ta niewiasta Bogu największą ofiarę złożyła, bo malo mając, wszystko co mogła, ofiarowała. Taką ewangeliczną wdową jest parafia tutejsza. Co tylko mogła, to
ofiarowała, a patrząc na ten gmach i jego wieże cieszy się lud chrześcijański tutejszej parafii, że doczekał tego, tak pięknego dnia Konsekracji. Przybył nasz arcypasterz wraz z podwładnym mu klerem i od paru godzin trudzi się i modli poświęcając ten przybytek Bogu, a czyni to z sercem podniesionym i radości pełen. On, jako młody Lewita w tej parafii rozpoczą pracę w zawodzie swym kapłańskim. Młodym i goracym sercem ukochał tę parafię. Zna on dobrze boleści i potrzeby nasze. Zburzoną świątynię i nieporządek w niej dobrze pamięta, to też dzisiaj jako biskup poświęcając ten piękny dom boży razem z nami cieszy się i raduje. Dzięki Ci, Najdostojniejszy Arcypasterzu za Twe trudy, które dzisiaj dla nas tak chętnie ponosisz. Ale czemże byłaby ta światynia bez gospodarza, bez P. Jezusa. On na tę chwilę z utęsknieniem czekał cztery lata i osiem miesięcy w nędznej na plebanii, jakby na komornem w kapliczce mieszkał, dziś do tego przybytku przyszedł i tam w tabernakulum zamieszkał . Ecce tabernaculum Dei, cum hominibus et habitabit eum est. Oto tam przybytek Boga z ludźmi i będzie z nim mieszkał. Kto więc będzie z nami mieszkał? Bóg Człowiek, Syn jednorodzony Ojca Przedwiecznego, ten którego z Ojcem i Duchem świętym wielbią i adorują Aniołowie i święci Król nieba i ziemi. Wszechmogacy i najświetszy pośród nas nędznych grzesznych robaków. Z miłości nieskończonej ku nam opuścił niebieskie mieszkanie, przyjął ciało i duszę ludzką z Matki Najświętszej się narodził i pomiędzy ludźmi: pomiędzy Żydami i poganami zamieszkał. Trzydzueści trzy lata dla nas się trudził. Naukę boską, wiarę jedną pewną i prawdziwą nam zostawił. Krwią swoją Njświętszą wszystkich ludzi jacy do końca świata żyć będą odkupił, a gdy do nieba wrócić miał, aby usiąść po prawicy Ojca swego niebieskiego, tu z nami rozstać się nie mógł. Boskie Jego serce wymyśliło cud niesłychany, największy. Wszechmocność Jego stworzyła nowy dla siebie sakramentalny sposób istnienia. Przeistoczył chleb i wino w Siebie samego, a pod postaciami chleba i wina ukazał się z bóstwem i człowieczeństwem. Zamknął się tam w tabernakulum, ten więzień miłości, a dlaczego to uczynił, bo nas umiłował, bo z nami do skończenia świata pozostać pragnął. Rozkosze moje, woła z swego przybytku być z synami ludzkimi. Ależ Panie ci ludzie niewdzięczni, źli przewrotni Twej miłości zupełnie niegodni. Oni Twoje Boskie Serce w zamian za miłość goryczą wzgardy napoją. Oni w Ciebie i w Twe Boskie Słowo wierzyć nie będą. Ciebie Boże o zwodzicelstwo ludu, tak jak niegdyś przy męce Żydzi posądzać Cię będą. Po co się tak poniżasz i upokarzasz? Czemu raczej do nieba, do chawły, którąś miał od wieków nie wracasz. Ale chociaż Ty to wszystko wiesz, co ze strony złych ludzi do końca świata spotkać Cię ma w tym Najświętszym Sakramencie to przecie uparłeś się Panie, aby nas nie opuścić, ale z nami na zawsze pozostać. Zamiszkałeś więc w tm przybytku, Królu prawdziwy, zasiadłeś na tronie wśród ludu Twojego, a więc zważając na tę Twoją Najświętszą wolę, wołać musimy z Jakóbem, o jakże to miejsce jest straszne! Nic tu innego nie jest, tylko dom Boży i brama niebios. Ecce tabernaculum Dei cum hominibus! Et habitabit cum eis!
5

A więc ten Kościół to dom, to przybytek Twój! A my ile razy do tego kościoła przyjdziemy, to pamiętać musimy, żeśmy w domu Twoim, ześmy na dworze Twoim, Królu Niebieski! Pamietając zaś o
tem wypada nam zapytać z Dawidem: Domine quis habitabit in tabernaculo Tuo? Panie, któż winien mieszkać w domu Twoim? Czy wszyscy, czy tylko niektórzy? Dawid nas uczy, gdy na pytanie powyższe odpowiada; Habitabit in tabernaculo Tuo innocenns manibus et mundo corde. Qui non accepit in vano animam suam. Qui non egit dolum in linqua sua, nec curavit in dolo proximo suo. A więc niewinni, czyści, sprawiedliwi, prawdomówni, uczciwi, bogobojni. Oto dworanie Króla Niebieskiego. Ci mają prawo według Dawida, by w tym przybytku Pańskim na dworze Boga człowieka przebywali. Weźmijcie do serca tę naukę wy dusze święte cnót i dobrych uczynków pełne. I często do Kościoła do P. Jezusa przychodźcie. Wymaga tego własny wasz interes. Pan Jezus powiada: bezemnie nic czynić nie możecie, a więc ani sprawiedliwymi zostać; ani się w sprawiedliwości i czystości utrzymać bez P. Jezusa się nie potraficie. Świat, czart i ciało to straszni przeciwnicy i wrogowie. Jeżeli nie jeden to drugi lub trzeci gdy będziesz sam bez P. Jezusa do upadku doprowadzić cię musi. Gdy zaś będziesz z tym boskim hetmanem, na którego Imię drżą mocy piekielne, wtedy łatwo pokonasz świat, łatwo siebie samego zwyciężysz i czarta odtrącisz, w żywocie świątobliwym się utwierdzisz i kiedyś wieczną nagrodę otrzymasz. Więc jeszcze raz przypomnijmy sobie słowa Dawida, że świątobliwi, sprawiedliwi i cnotliwi przedewszstkiem tu przybywać i na dworze swego Króla Niebieskiego mieszkać powinni.

Weźmij Zacheuszu odpuszczenie wszystkich twoich grzechów i weźmij zbawienie dla duszy twojej i ciesz się i raduj się, bo nie tylko ty sam wróciłeś jako syn marnotrawny do Ojca niebieskiego, ale i twoja rodzina, twoi słudzy i domownicy, patrz oto są pozyskani Bogu. Zbawienie się stało nie tylko tobie, ale i całemu domowi. Patrz jak się żydzi gorszą tem, co ja do Ciebie mówię. Oni bowiem twierdzą że tylko ci, którzy od Abrahama pochodzą, królestwo niebieskie posiąść mogą. A więc Ciebie jako poganina byłego do synów Abrahamowych nie zaliczają i od królestwa niebieskiego wykluczają. A ja wam powiadam, rzekł Pan Jezus zwracając się do Żydów, że on jest synem Abrahamowym nie z pokolenia cielesnego lecz z duchowego rodzenia. Cielesny ród nic nie znaczy, bo z niego pochodził niejeden Żyd, który występków i zbrodni się dopuszczał i na potępienie poszedł. Królowie wasi od Abrahama pochodni, a grzeszni w piekle pogrzebani są. Prawdziwym synem Abrahamowym można zostać przez odrodzenie ducha. Abraham miał wielką wiarę miłość i posłuszeństwo ku Bogu. Ten to Zacheusz okazał wszystkie te cnoty. Abraham tak był chojny, że syna swego dziedzica majętności Bogu ofiarował, ten Zacheusz ofiarował całe swoje dziedzictwo. Abraham cały Bogu się poświęcił. Zacheusz cały i ze wszystkim Bogu się oddał, a więc to jest prawdziwy syn Abrahamowy, to jest dziedzic Królestwa niebieskiego. Nie gorszcie się, że on był poganinem, że on był niejako z góry od Boga odrzuconym i zgubionym, bo oto Ja Syn Boży i człowieczy właśnie przyszedłem go szukać i
6

zbawić, co było zginęło i cieszę się i raduję żem znalazł Zacheusza, owcę która była zginęła, i że ją na ramionach miłosierdzia mego mogę zanieść do stada owieczek, których gospodarzem i właścicielem jest mój Ojciec niebieski. Ach cóż to za prześliczna a do głębi duszy wzruszająca historya. Cóż to za boskiego miłosierdzia pełna nauka. Wszyscyśmy ją pewnie dobrze zrozumieli. Chciejmy ją tylko
zastosować do siebie w tej nowej pańskiej świątyni: Zacheuszów w parafii tutejszej niestety nie brak, jest ich więcej aniżeli gdzie indziej. Lecz czy tylko niewinni, czyści i sprawiedliwi do tej świątyni przed Oblicze Pana przychodzić mogą? Byłoby to bardzo smutne, bo przecież na świecie grzeszników więcej niż sprawiedliwych. Pan Jezus, boski nasz Mistrz, inaczej nas uczy. On to grzeszników do siebie woła: „Pójdżcie do mnie wszyscy, którzy pracujecie i obciążeni jesteście, a ja was ochłodzę. Nie przyszedłem wzywać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Przypowieść opowiada, że do Kościoła wstąpił faryzeusz i celnik, a Kościół wyznaczając na poświęcenie Kościoła Ewangelię o cudownem nawróceniu Zacheusza, chce nas pouczyć, że nie tylko sprawiedliwi, ale owszem i grzesznicy w tej światyni gromadzić się winni, a więc przypatrzmy się bliżej Ewangelii dzisiejszej, abyśmy się nauczyli, z jakim sercem w tej światyni jawić się winniśmy, abyśmy zyskali miłosierdzie. Zacheusz był to wielki grzesznik. Ewangelista trzema wyrazami, ale bardzo dosadnymi, jako takiego piętnuje. Naprzód powiada, że nazywał się Zacheusz, a imię to po polsku znaczy czysty niewinny sprawiedliwy. Chce nam powiedzieć, że takie imię człowieka, jakby na szyderstwo nosił, bo wszyscy jednogłosnie grzesznikiem go zwali. Dalej opowiada, że ten Zacheusz mieszkał w Jerychu. Znana nam hiostorya tego miasta. Jozue gdy zdobywał ziemię obiecaną, znalazł to miasto wysokimi otoczone murami i przekonał się, że go żadna ludzka siła zdobyć nie potrafi. Pan Bóg kazał Kapłanom, by je obchodzili po 7 (siedemkroć) kroć, a w końcu ostatniego pochodu by zatrąbili w trąby. I gdy to uczynili, dziwna stała się rzecz. Mury się zatrzęsły i ze strasznym łoskotem walić się zaczęły. Mieszkańcy zginęli. Izraelici bez trudu, bez bitwy miasto to zdobyli. Jozue odbudowywania tego miasta pod klątwą zakazał, ale później znalazł się Król, który je odbudował. Za czasów P. Jezusa było to miasto wielkie i handlowne, a w nim przebywali Żydzi zmieszani z poganami. O religię nikt się tu nie troszczył, przykazań bożych nie zachowywał, lichwą i niesprawiedliwością obywatele żyli. Uciechom i rozkoszom się oddawali. W Jeychu mieszkać lub obywatelem tego miasta być, znaczyło to samo, co być bezbożnikiem. Zacheusz w tem mieście mieszkał. Tu swoje majątki miał i obywatelem jego był, czyli inaczej wszystkie grzechy, do których bogactwa przystęp mu ułatwiły, ciążyły na jego sumieniu. Bezbożność, pycha, rozkosz, nieczystość, okrucieństwo etc. etc. ciążyło na jego sumieniu. Życie takie wymagało i pochłaniało wiele pieniędzy, aby je mieć Zacheusz kupił sobie prawo u Rzymian, aby był przełożonym celników. Celnicy ściągali cła i rozmaite opłaty i na tych urzędach dopuszczali się strasznych nadużyć i niesprawiedliwości. Żydzi nimi gardzili i brzydzili się i zbójcami i grzesznikami ich nazywali, a jeżeli tak czynili podwładni, cóż dopiero czynić musiał Zacheusz ich przełożony. Krzywdy, niesprawiedliwości, narzekania i łzy udręczonych ciężko ciążyły na tej duszy poganina. Szlachetną
7

stronę: o wieczność i o zbawienie duszy często się troskał i nad nią myślał. Gdy się o P. Jezusie i o nauce Jego dowiedział, jego grzeszne serce. Zląkł się na widok nowych zbrodni, kary, która go za takie życie spotkać mogła. Dowiedział się pewno, że P. Jezus nie tylko choroby ciała leczył, ale przedewszystkiem grzechy odpuszczał i rany duszy goił. Pewnie opowiadano mu jak to odpuścił grzechy paralitykowi i jak faryzeuszom dowiódł, że jest Bogiem i że ma prawo i moc odpuszczania grzechów. Od tego czasu dziwna tęsknota niepokój i chęć widzenia boskiego Zbawcy zawładnęła jego duszą. Próbował kilkakrotnie zbliżyć się do P. Jezusa i spojrzeć w Jego Najświętsze Oblicze, bo był przekonany, że to spojrzenie wiarę w nim utwierdzi i duszę jego uleczy. Ale wszelkie jego usiłowania były daremne. Tłumy ludu odpychały go i do P. Jezusa przybliżyć mu się nie pozwalały. Nie mógł dać rady przedrzeć się przez łumy, bo był niski rodem i słaby. Tymczasem ogień miłości i tęsknoty za P. Jezzusem w sercu jego się wzmagał, aż nareszcie ten książę celników w purpurę i bisior odziany znalazł sposób by ujrzeć boskiego Mistrza. Pan Jezus szedł otoczony jak zwykle tłumami. Przed nim biegła młodzież. Zacheusz wymiarkował kierunek, którym P. Jezus pójdzie. Zobaczył tam z daleka stojacą dziką figę i postanowił do tego drzewa się dostać i na nim tak się usadowić, by Pana Jezzusa koniecznie zobaczyć. Niezważa na tłumy i na znajomych swoich, że się z niego wyśmiewać będą, puszcza się w pogoń za Panem Jezusem, równa się z tłumami, wyprzedza ich i spina się ten bogacz na drzewo. Sadowi się na nim i cały wzrok wytęża i w tem wzroku wszystko w głąb duszy swojej umieszcza i zdala już osobę boskiego Mistrza wśród tłumów stara się poznać, aby jak najdłużej na niego mógł patrzeć i tym widokiem nieszczęśliwą duszę swoją oczyścić i rozradować. Tłum coraz więcej się zbliża. Góruje w nim postać Syna Bożego. Wspaniały prześlicznym, a dziwnym otoczony blaskiem powagi i majestatu, pełen dziwnej łagodności i dobroci jaśniejący. Zacheuszowi serce gwałtownie bije. Z piersi mu się wyrwać chce. Oczu oderwać od Zabwiciela nie może i powtarza z zachwytem: Tak to jest Syn Boży. Sam człowiek tak wyglądać nie może. Majestat boży świeci świeci w tej osobie. Ach jakże piękny, jakże miły i łaskawy. Ach! Gdyby on raczył swe boskie oczy…, Ach! Gdyby on spojrzał na duszę moją! Taka tęsknota, taka duszy modlitwa, takie upokorzenie, wiara i milość, musiały wzruszyć serce Boskiego Mistrza. Ucieszył się tak usposobionym Zacheuszem. Podniósł swe Najświetsze Oczy, a boskie żrenice spotkały się ze źrenicami Zacheuszowymi. I dziwna i cudowna następiła chwila. Zacheusz widzi pod promieniami tego wzroku wszystkie swoje grzechy. Zawstydzony i zbolały żal, ale i nadziei pełny, patrzy na P. Jezusa. Miłuje go wszystkiemi potęgami, nieszczęśliwy w swej duszy i niczego w tej chwili nie pragnie, jak tylko przez całą wieczność patrzeć w te boskie źrenice. Pan Jezus pogodnem a łaskawym powiódł po nim okiem i wszystkie uczucia Zacheusza wzbudził, uszlachetnił i uświęcił. I tak jak Piotrowi i Magdalenie w jednej chwili wszystkie grzechy odpuścił i przebaczył. Zrozumiała to dusza Zacheuszowa. Morze nieskończonego szczęścia wypełniło ją po brzegi. A Pan Jezzus, który zwykle więcej daje niż go człowiek prosić zdoła nie tylko patrzy łaskawie, ale otwiera swe Najświetsze usta i do tego przed chwilą grzesznego a teraz

8

sprawiedliwego przełożonego celników mówić zaczyna: „Zacheuszu, w tej chwili prawdziwy Zacheuszu, czysty, niewinny i sprawiedliwy, zstąp prędko, bo potrzeba mi pozostać w domu twoim. Zacheusz oszołomiony wielkością szczęścia z drzewa biegnie do domu swego te radosną nowinę wszystkim domownikom i rodzinie zwiastuje, wszystko jak najwspanialej na przyjęcie Zbawiciela przygotować chce, a potem wybiega naprzeciw Zbawiciela i przyjmuje Go z całą radością. Et excedit cum augem. Dziwne postąpienie Pana Jezusa. On który kilkorgiem chleba tysiące nakarmił ludzi na ucztę do domu Zacheusza się zaprasza. On który u faryzeuszów chleb tylko jadł u Zacheusza uczty pragnie. On świętość sama, którego nieba niebios ogarnąć ne mogą do Zacheusza idzie, do grzesznika notorycznego wstępuje. Gorszy się tem cały tłum i gorszą się tem uczniowie Jego. Et murmurabant quod in domum peccatoris. I szemrali że wszedł do domu grzesznika. Nie dziwić się że szemrzą faryzeusze, ale że i uczniowie szemrzą, ci którzy słyszeli nieraz z ust najświetszych, że zdrowi nie potrzebują lekarza tylko chorzy, że On przyszedł szukać i wzywać tych którzy byli zginęli. Czekajcie nieuki, wnet zobaczycie niezmierną i nieskończona korzyść z przebywania Pana Jezusa w domu Zacheuszowym. Zacheusz promieńmi boskich źrenic oświecony słowem Pana Jezusa pokrzepiony i podniesiony, lepiej od uczniów zrozumiał zamiar boskiego Mistrza. I do Niego w pokorze i w zawstydzeniu mówić począł: rozumiem Panie Twój zamiar w nawiedzeniu mego niegodnego domu. Nie pragniesz Ty pokarmów i napojów, który cały świat żywisz i wszystko dostatnio opatrywasz. Ty tu żądzsz uczty od mojego serca od mojej duszy. I taką ucztę chcę Ci tu wyprawić. Niech więc wszyscy słyszą moją szczerą a bolesną spowiedź. Jam był zdziercą, oszustem i wszelkiej nieprawości pełnym człowiekiem. Ty mnie Panie dobrze znałeś a przeciez milosierdzie mi okazałeś. Jaki Ty dobry, daleko lepszy niż Twoi uczniowie. Oni mnie potępiają słusznie i sprawiedliwie, ale Ty ze mną postepujesz miłosiernie. Bo też to moje serce, ta moja dusza taka milością i wdziecznością ku Tobie pała, że już nad Ciebie nic droższego nie ma. Oto tu ten majątek mój z takim trudem i niesprawiedliwoścą zebrany mogłoby się zdawać, że on mi najdroższy. Tymczasem nie. Ja nim gardzę. Ja z mamoną niesprawiedliwości przyjaciół sobie uczynił. Stając zaś Zacheusz rzekł do Pana. Oto połowę dóbr moich daje ubogim, a jeśli kogo w czem oszukał zwracam w czwórnasób. Połowicę majątku mego niech wezmą ubodzy, drugą połowicę niech wezmą pokrzywdzeni. A ja biedny i nagi samego siebie zaprę i krzyż swój wezmę i odtąd Ciebie już tylko miłować i naśladować będę. Aby się zaś nie zdawało że to tylko obietnica, nie mówię połowicę dam na ubogich a połowicę na pokrzywdzonych, tylko w tej chwili mówię połowicę daję na ubogich, drugą daje na pokrzywdzonych. Oto uczta! Oto wesele! Zgotowane P. Jezzusowi w domu Zacheuszowym. Takiej uczty Pan Jezus pożądał! Po taką ucztę do domu Zacheuszowego wstąpił, a gdy Go Zacheusz tak szczerze i szczodrze ugościł, Pan Jezus jak z przyjacielem rozmawiać poczyna i rzekł Jezus do niego, iż się dzisiaj zbawienie stało tremu domowi, dlatego że i on jest synem Abrahamowym. Wielkie i anielaskiej muzyki pełne i wdzięczne słowa.
9

Dziś stało się zbawienie temu domowi. Gospodarz jego przyjął ucztę z radością. Grzechy swoje pokornie wyznał. Krzywdy wynagrodził, ubogim milosierdzie pokazał, a więc błogosławieni miłosierni, bo oni miłosierdzia dostąpią.

Przepisał: o. Kazimierz Fryzeł CSsR

Kazanie – rękopis

Fotogalerie

Foto Adam Bujak
Foto Paweł Kubisztal
Foto Andrzej Głuc
Foto Tadeusz Łyczakowski – Galeria 1 (wnętrze)
Foto Tadeusz Łyczakowski – Galeria 2 (z zewnątrz)